Kobiety...

 

Prawo i sprawiedliwość.

Tak – właśnie taką nazwę wymyśliła sobie pewna partia w Polsce.

I szczerze mówiąc hasło chwytliwe. No bo i prawo – znaczy przestrzegamy go . I sprawiedliwość – znaczy oczekuję sprawiedliwości w tym kraju. Przecież nie jesteśmy w jakichś krajach muzułmańskiego świata, gdzie prawo stanowi religia. Tylko w rozwiniętym kraju europejskim…. Chyba. No to chyba nie do końca.

Oto moja historia. I nie- nie mam zamiaru się żalić, bo sam dałem dupy. Ot zwykłe spostrzeżenia faceta po czasie , gdzie może przestrzegą niektórych przed podejmowaniem pochopnych decyzji. Jeśli choć jednemu…. A nie! Czekaj! Jednemu się udało, bo konkretnie pogadaliśmy przy piwie i pogonił pasożyta. Z w miarę niewielką stratą. ;P



M. poznałem na portalu randkowym (powieść na inną okazję – ale dobrze radzę uważnie czytać regulamin, a zwłaszcza kwestie finansowe – mi się udało oszczędzić kilkaset pln, ale ilu się nie udało?). Dziewczyna znacznie młodsza, ale pomyślałem „ a spróbuję, co mi zależy, najwyżej kulturalnie podziękuję”. No i pojechałem na pierwsze spotkanie.

Efekt? Cóż, dziewczyna inna niż spotykane wcześniej, z urody nieco wulgarna, ale rozmowa sympatyczna . Ech….gdybym wtedy uważnie zwracał uwagę na drobiazgi.

No, ale kontynuując – rozmowa na portalu była bardzo konkretna i na luzie więc umówiliśmy się na spotkanie. Jako miejsce wybraliśmy na początek miejsce publiczne (nie dziwię się, zresztą sama powiedziała mi o swoich obawach, ale o tym później).

Pierwszy kontakt – młodsza, uroda nieco wulgarna, przywitała mnie słowami „ w rzeczywistości jesteś bardziej atrakcyjny niż na zdjęciach” ( zawsze wysyłałem zdjęcie aktualne, żeby nie było, bo i zdarzało mi się szukać drugiej strony na spotkaniu, bo przychodziła zupełnie inna osoba niż na zdjęciu – poważnie! ). Nie ukrywam, że ta uwaga nico mnie zaskoczyła, bo nie uważam się za Adonisa jednak. Ot zwykły , kurduplowaty facet z „nienachalną” urodą.

Jakiś czas później okazało się, że to była gierka mająca na celu usidlenie ciężko pracującego faceta, żeby zaopiekował się (najlepiej dożywotnio) samotną matką ( dziś jest na to określenie „ madką” z dwójką dzieciaków z różnych ojców . A jak! Potem okazało się, że było jeszcze trzecie, które ( ponoć) urodziło się martwe. Do którego „baaaardzo” była przywiązana emocjonalnie. Cudzysłów tu specjalnie, bo mimo gorliwych zapewnień do dziś maleństwo nie doczekało się zwykłego nagrobka. Nie, żebym nie znalazł jej naprawdę niedrogich nagrobków wykonywanych z tworzywa sztucznego, a jednocześnie całkiem przyzwoitych. A ona zarzekała się, że ze zwrotu podatku od razu takowy kupi, a ja zamotuję. Na co zresztą przystałem od razu, bo to żaden problem. Jednak do dziś grób jest jaki był. Zaniedbany.

No, ale do brzegu – stamtąd, po wstępnym zapoznaniu pojechaliśmy do Mechelinek, na plażę, do knajpki, pogadać. Tam okazało się, że pali – ale „ przecież to nie problem, bo może rzucić” (przypadkiem swego czasu kupiłem Tabcin, któy pomylił mi się z pewnym inny lekiem. Więc po prostu leżał sobie u mnie, ale to też za chwilę). Nie ukrywam, że dla mnie niepalącego od zawsze smród fajek był słabą zachętą do związku. Zwłaszcza, że większość z nas wie, że ten smród przenosi się również na całe ciało. I każdą jego wydzielinę. ;)

Rozmowa była zupełnie sympatyczna (tam też dowiedziałem się, że nie znosi BMW oraz busów z przyciemnionymi szybami – ciekawe czemu, szkoda że wtedy nie zapytałem?), spotkanie również co zaowocowało chęcią na następne.

Następne spotkanie – w mieście, blisko skupisk ludzkich. Też dość udane. Więc były i następne.

A w następstwie tychże, żeby nie gonić do siebie po niezłych parę kilometrów zamieszkaliśmy razem. U niej, z jej siostrą ( też temat na inną historię) K.. K – z wagą znacznie przekraczającą średnią...europejską jednocześnie była osobą dość średnio myślącą, niedbającą o higienę, a i niespecjalnie zważającą na stan swojego zdrowia i oszczędzanie przy swoich niewielkich zarobkach. Od razu powiedziałem, że nie ma możliwości, żeby mnie utrzymywała, więc i dołożę się do mieszkania, opłat jak i zakupów. Tyle, że jej postrzeganie sprawiedliwości w tym względzie było 1/3 na każdego( ona, jej siostra i ja), co przy dwójce jej nastoletnich chłopaków było co najmniej niesprawiedliwe. Ale potrafiła gadać. Oj potrafiła.

Zostawiłem poprzednie mieszkanie, zawinąłem graty i jestem. Na początek trzeba było ponaprawiać parę sprzętów, ale z tym nie kłopot. Posprzątałem ( powinna być pierwsza lampka alarmowa), poogarniałem pokoje, kuchnię etc. I mieszkamy. W miedzyczasie dałem jej kartę kredytową z niewielkim limitem na „ naprawdę awaryjne wydatki”, gdzie też zaznaczyłem, że żadne fajki, żaden alk. I tu drugi punkt do „ alarmu” . Pierwszy niezbędny wydatek to był zakup w … "tabacco shop" za 13.99 ( cena wtedy tanich fajek). Oczywiście zwróciłem jej uwagę, że nie po to dawałem kartę, etc. Oczywiście afera, bo przecież ona tylko potrzebne rzeczy kupiła itp., itd. Pomyślałem „ ok, może faktycznie?” przechodząc nad tym do porządku dziennego. I życie toczyło się dalej.

Pracowała w spożywczaku całkiem niedaleko i tu też, mimo że starałem się ja odbierać z pracy w nocy czasami wracała taksówką „ ma super rabaty, kiedyś korzystałam z tej firmy”. Utrzymywała się z renty po zmarłym mężu, wszelakich plusów z rządu oraz niewielkiej wypłaty.


Ja pracowałem wciąż, zdarzało się i po 21dni na miesiąc non stop ( dyżury serwisowe). Ona? Wracał do domu i luzik, a ulubione zajęcie to seriale, fajki i whisky z colą. Ale ok, czego się nie robi dla kobiety. W pewnym momencie okazało się, że jej pracodawca jednak niespecjalnie chce z nią rozmawiać ze względu na stan zdrowia. Podobno miała kłopot z nogą – to załatwiłem jej znajomego lekarza oraz operację. A i wstępną rehabilitację, po tychże. Jej zadanie polegało jedynie na załatwieniu papierologii po operacji celem odzyskania części kosztów przyrządów potrzebnych do tego ( tu orteza za prawie 600 pln, gdzie koszt zwrotu od ręki to ok 80% całości). A jednak to okazało się zbyt trudne – zwrotu nigdy nie dostałem. Wolała „ cierpieć„ w domu.

W tzw międzyczasie miała poszukać pracy choćby on line. Na to dictum stwierdziła, że jest tak zaebiście niesamowitą kucharką, że niejaka „Magda Gessler może jej co najwyżej buty czyścić” – tak to jeden z cytatów. I bardzo chętnie spotka się z nią w konkursie… Moje szczęście, że nie poszedłem w tę stronę, bo bym wyszedł na głupka ;) .

No ok, skoro taka zebista to damy radę, ona chwaląc się jakie to niesamowite usługi świadczyła stojąc przy garach namówiła mnie , że po co szukać pracy skoro jakby miała własny bar, to rozwali system. A w ciągu max pół roku kupimy nową chatę, furę i tak rozkręcimy firmę, że zrezygnuję z własnej pracy i będę „ technicznym” i wspomaganiem w tej działalności.

Gotowała chwilami całkiem nieźle, co też skutkowało tym, że podniosłem rękawicę. I pracując nadal w serwisie walczyłem o lepsze jutro. Jednocześnie zapewniając rozrywkę jej synom. Tego nie żałuję- fajnie było.

Wziąłem kredyt, wynająłem lokal , adaptowałem go właściwie sam (ona miała „ inne zajęcia”, a prawie dorosłe dzieciaki miały krótko mówiąc „ wpitagorasowane” na całość) i zaczęliśmy działalność. Moje szczęście, że jednak nie dałem jej całości kasy ( potem okazało się, że będąc dłużniczką komornika, część przeznaczyła na swoje spłaty). I tak zaczęła się działalność baru. Gdzie w większości ja zapeer i płaciłem, a ona…. Cóż-fajeczki, łyskacz z kumpelką, ploteczki były podstawą całości. Ja w pracy, zakupy, dostawy, dowóz posiłków, oganianie całości. A i w międzyczasie dowiedziałem się jakie koszty ponosi moja firma na dostawie ciepłych posiłków od października do końca marca ( przepisy o firmach ponad określoną ilość osób w zimnych miesiącach), co też jej od razu przekazałem – zawsze to spora kasa – jej dzieciaki wolały siedzieć przy gierkach w domu, nawet olewając obecność w szkole przez prawie miesiąc, a zasugerowałem, że mogły poroznosić ulotki do rożnych firm dookoła ponad 50-tysięcznego miasta. Starszy jednak siedział w domu od września do października , zamiast pójść do szkoły. A proponowałem konkretną sumkę za roznoszenie ulotek, mających wspomóc nas jedna w życiu.

Wiec zacząłem wtrącać swoje uwagi . I… nagle okazało się, że ma białaczkę ( jedna ściema, dzięki której straciła przyjaciółkę (ja zgłosiłem zbiórkę na znanym portalu, gdzie później kajając się musiałem wszystko odwołać)), że dzieci chore( od początku mówiłem jej , że młodszy ma problemy z rozumem – zapłaciłem zarówno za psychologa ( nie dała rady) jak i psychiatrę ( odesłał na pilnie do neurologa) – jej komentarz „ te wszystkie kurwy czepiają się mojego kochanego synka”. Dopiero kiedy poprosiłem o pisma ze szkoły wyszła kwestia leczenia.

Następnym problemem w kwestii mojego wycofania się ze związku była...ciąża. Niejedna. ;)

Takim sposobem bujając się , straciłem ponad 1.5 roku życia.

W tzw międzyczasie wynająłem mieszkanie, wyposażając je. Ale i też w pewnym momencie mając dość utrzymywania darmozjadów stwierdziłem DOŚĆ.

I zacząłem to realizować – zmieniłem umowę, wyniosłem się, zacząłem konkretnie domagać zwrotu kasy za bar ( miało być tak pięknie, ona rozwija działalność z moją pomocą( ona leży na komorniku), kasa płynie strumieniami, ja kończę ze swoją pracą, bo zarabiamy kokosy („ za pół roku kupimy nowe auto, mieszkanie, a ty dasz sobie spokój z tą pracą”). I nagle okazało się, że…. Pracy nie ma, covid szaleje, ona nie ma, dzieci chore, ona chora, wszystkie plagi egipskie nagle się zmaterializowały.

Ale nie miałem zamiaru popuszczać – wsześniej przygotowałem umowę o kasę ( żeby było zabezpieczenie) na którą się zgodziła, ale nagle okazło się, że „ wbijam jej nóż w plecy” etc. I nie podpisała.

Więc po prostu kontaktując się z kancelarią prawną („ przecież tu dowody ewidentne! Wiadomości, maile…” ) założyłem sprawę. A wcześniej zacząłem ostrzegać różnych znajomych, na swoim FB pisałem conieco, żeby uważali na oszustów. Po naszym zapoznaniu się wyszło na jaw, że była kurwą w Gdańsku, a i siedziała za… oszustwa na znanym portalu aukcyjnym. Że nie wsponę o ogólnie dostepnej wiadomości, że komornik grubo siedzi na jej koncie.

I dostałem wezwanie jako...oskarżony o „ oszczerstwa, zniesławienie „ etc na FB. Pozew został zakceptowany przez zarówno „ prawniczkę” jak i „sąd”, mimo że zawierał ewidentne oszustwo – podpierała się np. „ utratą zysków z prowadznia Dz.G.” potwierdzone anonimowymi sms-ami od rzekomych klientów i… wypisem z rejestracji Dz.G. , gdzie jak byk było napisane „ działalość została zamknieta dn…”( kilka lat wczesniej). Oczywiście nikt nawet nie wpadł na to, żeby cokolwiek zweryfikować.

Na rozprawie stwierdziłem, że „mam zamiar dochodzić ugody”, bo taką procedurę zaproponował sędzia. Jednocześnie zasugerowałem, że chciałbym zgłosić naruszenie prawa w świetle paragrafu o fałszowaniu dowodów ( patrz wyżej) i… oni od razu zgodzili się na ugodę, bez zastrzeżeń.


Idąc za ciosem - zgłosiłem sprawę o zwrot kasy i … przegrałem. Dlaczego? Ano „ sąd” stwierdził, że jednak nie ma zamiaru przyjąć moich dowodów, bo „ tego typu dowodów nie lubi”( tak powiedziała w postępowaniu). A mieliby czarno na białym kłamstwa strony przeciwnej. Ale po co się męczyć – zwłaszcza w nawiązaniu do „ sędziny” (asesor sądowy – niejaka pani „Łoniak” czy jakoś tak ;) ). Męczyli mnie i świadków ( gdzie oskarżona nie miała żadnych) tylko po to, żeby stwierdzić , że bełkot zarówno oskarżonej, jak i jej „ prawniczki” ( chwilami jak tego słuchałem, to się zastanawiałem, czy nie zwiała z Tworek) wobec konkretów – i na koniec odrzucić w całości moje żądania. Najlepsze, że owa „ sędzina” na początku rozprawy powiedziała, że „ ja pierwszy raz prowadzę taką sprawę i się na tym nie znam”.

I teraz ciekawostki – oczywiście wiadomo – składam apelację ( co wiąże się z kosztami), zwykły, ciężko pracujący człowiek jest na przegranej z tzw „ wymiarem sprawiedliwości”, sądy mają totalnie w dupie co masz do powiedzenia – tu kwestia wyszczekanych prawników, praktycznie prawie każdy prawnik ma na celu wyłącznie wydymanie cię na kasę ( moja prawniczka albo była na zwolnieniu i wysyłała koleżankę, albo wysyłała pisma bez twojej wiedzy, gdzie musiałeś się tłumaczyć na sprawie, bo nie miałeś o tym pojęcia), albo jak pisała pisma to wyglądało to jakby pisał ktoś nie do końca ogarnięty w polskim piśmie.

Reasumując – każda szmata ma prawo wydymać faceta bez mydła, a żaden sąd w tym kraju nawet nie kiwnie palcem w twojej sprawie, bo nie ma chęci na zawracanie sobie głowy pierdołami. Zresztą zgodnie z podpowiedzią znajomego policjanta zgłosiłem sprawę do prokuratury ( „człowieku zgłaszaj, bo to przecież ewidentne oszustwo ścigane prawem, dowody masz twarde”), a ta „brak znamion czynu zabronionego”. Może trzeba dymać ludzi na potęgę podpierając się takim orzeczeniem? Hmmmm…

Najlepsze jest to, że ta kobieta zwiała na drugi koniec Polski i wszystkie rozprawy musiały się odbywać właśnie tam. Co samo w sobie daje możliwość przekrętów w niewielkiej, lokalnej społeczności ( nieduże miasteczko, sąd i okolice).


Nie oszukujmy się – mam zamiar te dane wysyłać do wszelkich redakcji. Bo uważam, że nie może być tak , że jakaś szmata dyma cię na potęgę, a ty ciężko pracując nie masz nawet prawa się temu sprzeciwić. Bo jeśli sędzina to możliwa kumpelka oskarżonej czy jej kolegów/koleżanek to obroni swojaka i już. A gdzie prawo i sprawiedliwość? Naprawdę mamy pracować na darmozjadów, złodziei i oszustów? Czy tak ma wyglądać nasza ojczyzna?

Tu też prośba - jeśli macie jakiekolwiek uwagi do wpisów - piszcie śmiało. Jestem zupełnie zwyczajnym facetem, ale też  nie literatem. Więc nie oszukujmy się, nie jestem jakimś wybitnym pisarzem. Więc i piszę "co mi ślina na język przyniesie", ale i wszystko zgodnie z prawdą.



Komentarze